„Słyszysz Domisiu? Musisz przetrwać, żebym uwierzył, że ja też dam radę. Masz żyć, nie poddawaj się. Moja księżniczko, walcz! Ja też będę walczył, przysięgam, ale gdy ciebie zabraknie, przegram.”

Bardzo rzadko piszę recenzje, a tak szczerze to praktycznie wcale, ale coś mnie tknęło, aby napisać tę jedną jedyną. Bo chcę. Bo (chyba) potrafię. Bo mogę. Bo tak czuję. Bo może komuś pomogę, albo może i zmienię życie. Czy na to liczę – absolutnie nie, ale może tak się stanie. Wspomnę tylko na początku, że jest ona osobista i na pewno nie będzie krótka – długa zresztą też, bo kto „by to czytał”, co nie?

Od dzieciństwa uwielbiałem pochłaniać książki. Przeczytanie „półtysięcznika” to w sumie jeden wieczór. Może dwa dni, jak coś wpadło w ręce innego z szerokiego wachlarza zainteresowań i hobby. Nadal uwielbiam czytać książki, ale z racji nieustannej i niekończącej się nauki -nie mam zwyczajnie na nie czasu. Dorwałem jednak ostatnio jakimś ukradkiem i cudem spośród mnóstwa z dziedziny beletrystyki, fantastyki, czy poradników typu „jak nie stracić 10 kilo w 5 dni, bo przytyjesz 15 jednej nocy” tę jedną wyjątkową. „Najlepszy powód, by żyć”. Tytuł tak bardzo ckliwy i pachnący romansidłem, a jednocześnie tak bardzo dający o sobie znać jako coś, co jest zupełnie inne, zupełnie szalone, niewiarygodne i… ma w sobie moc. Coś religijnego – nie zapowiadało się. Coś magicznego – tak, ta magia to chyba najodpowiedniejsze słowo.

Gdy przeczytałem opis w kilkunastu księgarniach, postanowiłem zaryzykować. Nie tylko dlatego, że cena była przystępna – w ogóle książki dzisiaj są przystępne cenowo – ale dlatego, że tytuł coś mi powiedział o sobie, że jednak warto dla niej zaryzykować i stracić… co ja mówię – poświęcić ten czas i ją bliżej poznać.

Na początku warto wspomnieć, że to utwór Augusty Docher. Pachnie to importem zza granicy, prawda? Jak się jednak przyjrzeć bliżej – nic bardziej mylnego. Autorka tej książki jest Polką. To Beata Majewska. Może mole książkowi znają ją bardziej, ja jednak poznałem dopiero przez pryzmat tej książki i zakochałem się w jej stylu pisarskim.

„Nie jestem zupą pomidorową, żeby mnie wszyscy lubili (…) a bycie słodką idiotką to nie szczyt moich aspiracji.”

Książka wydaje się być jak wiele miłosnych utworów dostępnych na rynku. Zdjęcie na okładce z Shutterstock’a… Ot, taki kolejny „Harlequin”, albo o klasę lub dwie wyższe – rękodzieło Nory Roberts. Jednak nie. Jednak zaryzykowałem. Postanowiłem nie iść za przysłowiem i nie oceniać po okładce, ale po treści dając pełnię szans na obronę. Zwykle czyta się pobieżnie – a lata uczenia się, setki artykułów, pism, książek wyszkoliły we mnie wychwytywanie słów kluczowych w każdym pisanym materiale. Jednak tutaj było inaczej. Książkę czytałem bardzo szczegółowo. Jak nigdy wcześniej. Od czasów Harry-ego Potter-a nie miałem tego uczucia, że chłonąłem każde jej słowo. Wyobraźnia zaczęła naprawdę żyć. Widziałem każdą scenę jak w filmie. A no właśnie – może nie odpływajmy od sensu tej recenzji. Wróćmy na tor główny!

Książka jest historią pewnej bardzo młodej dziewczyny – 16-letniej, której życie wywraca się do góry nogami. Wszystko, przez jeden tragiczny moment, gdy (nie zdradzając niczego, co można wyczytać w księgarniach) zwyczajnie płonie. Płonie żywym ogniem. Czy udaje jej się przeżyć? No przecież nie byłoby sensu ciągnąć książki, gdyby główna bohaterka zginęła. I nie – nie jest to książka paranormalna, aby mówić o wędrówce w zaświatach. Bohaterka zmienia się. Od samego początku toczy walkę z samą sobą, z każdym kto jest na jej drodze. Dominika – dla znajomych i przyjaciół Nika, jak sama o sobie mówi. Młoda osoba, która przeżyła coś, czego chyba nikt nie życzyłby najgorszemu wrogowi. Przeżyć coś, przez co cierpi się jeszcze bardziej. Praktycznie zwęglone ciało i dusza rozbita na strzępki. Próba zrozumienia i chęć odejścia z tego świata.

Nigdy nie widziałem tak dzielnej dziewczyny. „Ale chwila, przecież chciała odejść?” – ktoś zapyta. Chciała, ale tak wiele niepoukładanych spraw i jedyna osoba, która utrzymywała ją przy życiu, a nie była blisko niej sprawiały, że to nie mógł być taki koniec. I nie był – podjąć walkę mimo ryzyka śmierci w każdym momencie? To coś, na co niewielu zdołałoby się odważyć. Historia opisana w księgarni sugeruje, że wszystko toczy się w szpitalu. Ale to nieprawda. Historia zaczyna się od szpitala. Do niego wraca. Ale na nim się nie kończy. To, co jest kluczowe i nieporównywalne do żadnego znanego mi dzieła to taka… „chaotyczność”. Ale nie odbieram tego, jako coś złego. Taką chaotyczność potrafią napisać tylko nieliczni. Bo ma swój porządek w tej całości. Ma swój cel. To chaos z retrospekcją w prawdziwie filmowym wydaniu. Nie chciałem sobie zdradzać książki czytając często „spojlerowane” recenzje w sieci, ale utkwiła mi jedna, że to nie ma sensu, że to skakanie z miejsca na miejsce, z osoby na osobę, z czasu w czas.

I tak jest!

„Dzwonię do trzech różnych korporacji i żadna nie odpowiada, za to mogę posłuchać relaksacyjnych melodii lub ostatniego hitu Rihanny.”

Trzeba mieć prawdziwą wyobraźnię i gust filmowy, by zrozumieć, o co chodzi i dlaczego tak się dzieje. Książka nie tylko przedstawia nam historię nastolatki w przekroju trochę ponad 2 lat jej życia (do pełnoletności), ale także zmienia narrację, wraca w przeszłości do czasu, gdy kilka stron wcześniej była teraźniejszością. Te fragmenty są jak doskonale zmajstrowana układanka z najwyższej półki. Zrozumieć historię, która przeplata się i tak zmienia w czasie można tylko wnikliwie pochłaniając całość.
Nawet chyba nie jestem w stanie nazwać tego przebłyskiem geniuszu, ale po prostu geniuszem. Autorka nie tylko zmienia chwilę – która teraz jest czasem obecnym, a za chwilę już przeszłością do której znowu wracamy za kilka stron. Ona zmienia także narrację – zmienia się osoba i widok całej sytuacji. Obserwujemy często różne punkty widzenia, niejednokrotnie tak odległe, tak zmienne, a jednak stanowiące całość historii. Ile to razy zastanawialiśmy się, co czuje druga osoba, z którą mamy sprzeczkę, czemu tak powiedziała. W tej książce możemy zobaczyć, jak to jest słyszeć nie tylko słowa padające z ust, ale i myśli. To nastraja, ale i zmienia postać myślenia. Bo w końcu jesteśmy tylko ludźmi i może warto czasem dać drugą szansę.

Osobiście historia nie była dla mnie taką, przy której płakałem rzewnymi łzami, ale wiele razy zatrzymywałem się na moment i czytałem scenę/fragment kilka razy. Wyobrażając mocniej całą sytuację, próbując zareagować, może coś zmienić. A może jak cofnę kartkę, zmieni się sytuacja, decyzja. To dziwne uczucie, ale pokazuje, jak wspaniałym autorem jest Augusta – bo chyba, tak powinniśmy o niej mówić. Stworzyć takie dzieło w takiej formie, która jest autentycznie żywym scenariuszem filmowym. Całość to jak „8 części prawdy”, gdzie co chwila dowiadujemy się czegoś nowego. Mój szacunek dla autorki i uznanie!

Zapewne doszukiwać się można tutaj zdradzenia fabuły, szczegółów, często pikantnie opisywanych scen miłosnych (a tak, takie są!), ale nie zdradzę. Powiem tylko jedno finał książki nie zaskakuje aż nadto, ale… i nie rozczarowuje. Dla „kopciuszka” będzie to nadzieja na lepsze jutro, dla zapalonego czytelnika szukającego książki najwyższej półki – będzie to coś co najwyżej przeciętnego, jednak dla mnie – osoby, która szuka w książce tej magii, przyciągania, tego „czegoś” – jest to dzieło, które może nie jest godne Pulitzera (chociaż autorce tego życzę), ale zostawiła jakiś znak na mej duszy. Zapewne zostawi i znak na duszy każdego, kto odnajdzie tam choć cząstkę siebie. A odnajdzie na pewno.

I na koniec coś jeszcze – to historia trochę przystosowana pod czytelnika, bo nie jest to naoczna relacja świadka, czy dokument, ale oparta na najprawdziwszych faktach. Warto więc doczytać do końca i zobaczyć, jak nieprzewidywalny jest los i co może zmienić w naszym życiu. A może właśnie to, czego szukamy gdzieś po świecie, w marzeniach, w naszych najskrytszych pragnieniach jest tuż obok? Tylko my tego nie widzimy, wzbraniamy się przed tym lub nie chcemy widzieć.

Warto zaufać. Warto znaleźć swój własny powód… by żyć.

Pragnę podziękować mojej wspaniałej i szalonej przyjaciółce, bratniej duszy, której blog dał mi szansę na stworzenie czegoś wyjątkowego tutaj i możliwość wypowiedzenia się. Może i nie jestem mistrzem słowa i recenzji, ale chciałem się „wygadać”, polecić coś, co… znalazłem całkiem sam. A może dzięki temu, ktoś się uśmiechnie, coś się zmieni, ktoś zobaczy lepsze jutro. Dziękuję Ci moja droga za malutkie miejsce na moje przemyślenia. I dziękuję Tobie – czytelniku – za chwilę refleksji i zadumy. Albo próby dotrwania do końca… która wersja nie byłaby prawdziwa. Dziękuję!

Dajcie znać jak podobała Wam się recenzja oraz zdjęcia!